środa, 14 sierpnia 2019

Mowa nienawiści


Mowa nienawiści

Zakres pojęcia „mowa nienawiści” rozciągany bywa tak bardzo, że pojęcie to przestaje być użyteczne. Nie każdy przykład komentarza, postu, wypowiedzi itd., których autorzy nie trzymają się standardów debaty publicznej, jest przykładem mowy nienawiści.
„Według Rekomendacji R (97) 20 Komitetu Ministrów Rady Europy nt. mowy nienawiści »Mowa nienawiści obejmuje wszelkie formy wypowiedzi, które szerzą, propagują czy usprawiedliwiają nienawiść rasową, ksenofobię, antysemityzm oraz inne formy nienawiści bazujące na nietolerancji m.in.: nietolerancję wyrażającą się w agresywnym nacjonalizmie i etnocentryzmie, dyskryminację i wrogość wobec mniejszości, imigrantów i ludzi o imigranckim pochodzeniu«”.
 Przykładem użycia mowy nienawiści może być tekst Separatyzm rasowy - odpowiedź na multikulti w XXI wieku, który w 2017 r. opublikowała Mazowiecka Brygada ONR. Tekst ten, wciąż dostępny w Internecie, kończy następujący akapit:
„Separatyzm rasowy jest jedyną alternatywą dla wielorasowego społeczeństwa. Mieszanie ras, jakie ma miejsce m.in. wskutek kryzysu imigracyjnego, jest czynnikiem mającym doprowadzić do kulturowego i rasowego zniszczenia Europy. Niniejsze rozważania warto skonkludować prostymi słowami ideologa czarnego nacjonalizmu, Jamajczyka Marcusa Garveya: Azja dla Azjatów, Afryka dla Afrykanów, Europa dla Europejczyków”.
 Prokuratura, zawiadomiona przez Rzecznika Praw Obywatelskich ws. możliwości popełnienia przestępstwa „pod kątem art. 256 Kodeksu karnego w zakresie nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych i rasowych oraz propagowania idei charakterystycznych dla faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa (za co grozi do 2 lat pozbawienia  wolności)” umorzyła jednak postępowanie.

Z mową nienawiści mieliśmy także do czynienia w poście Jacka Bartyzela, który na Facebooku tak pisał o Żydach: „To, że nas Żydzi nienawidzą i opluwają, jestem w stanie przyjąć ze spokojem – w końcu czegóż można spodziewać się od tego plemienia żmijowego pełnego pychy, jadu i złości? Trzeba po prostu trzymać ich na dystans, tak wielki, jak tylko możliwe. W ogóle nawet nie próbować dyskutować czy przekonywać, bo to daremne; oni nie są zdolni do okazywania wdzięczności, uważają natomiast, że wszystko im się należy".
Gdy podniosły się głosy krytyczne wobec tego wpisu, których konsekwencją było rozpoczęcie procedury dyscyplinarnej przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika, pracodawcę Bartyzela, w jego obronę zaangażowały się prawicowe media.

W wywiadzie udzielonym WPolityce możemy przeczytać:

wPolityce.pl: Czy określenie, którego użył Pan w swoim wpisie na Facebooku nie jest zbyt mocne?

Prof. Jacek Bartyzel: Określenie jest mocne, ale tak się składa, że wypowiedział te słowa Jezus Chrystus. Nie widzę tutaj żadnego uchybienia.
 
„Gazeta Wyborcza” zarzuca panu antysemityzm. Jest pan antysemitą?

Chciałbym się dowiedzieć co to znaczy być antysemitą. Bo nie wiem, co to słowo oznacza. 

Ale „Gazeta Wyborcza” wie, że jest pan antysemitą.

„Gazeta Wyborcza” może wiedzieć, ale ja tej wiedzy, nazwijmy ją talmudyczną, nie posiadam. Pojęcie antysemityzmu jest tak nieokreślone, że każdy może sobie włożyć w nie, to co mu się podoba. Załóżmy, że na poziomie elementarnym jest to jakaś niechęć do Żydów. Ale kto powiedział, że do Żydów nie można nie czuć niechęci? Można ja przecież czuć do Polaków, Niemców, Francuzów. I nic się z tego powodu nie dzieje. Dlaczego akurat Żydów trzeba kochać? Tego nikt nie zdołał wyjaśnić” […]

Wydaje się, że „antysemityzm” jest największą pałką z arsenału politycznej poprawności?

Zaczyna z nim rywalizować „homofobia”. Ale rzeczywiście chyba to, co się określa mianem „antysemityzmu”, nazwijmy to roboczo zakazem wypowiadania jakichkolwiek krytycznych uwag o Żydach został takim świeckim dogmatem w religii poprawności politycznej. Ma on mieć moc taką, że właściwie ktoś, kto jest zidentyfikowany jako antysemita, ten właściwie podlega czemuś co może być odpowiednikiem klątwy i anatemy. Powinien w ogóle przestać istnieć w wymiarze publicznym. Można go też zupełnie bezkarnie opluwać. To nawet jest traktowane jako czyn pozytywny. 

„Antysemityzm” to doskonały argument do uciszania niewygodnych dyskutantów.

Tak. Termin „antysemityzm” służy do metafizycznej degradacji. Zwalnia z obowiązku podjęcia dyskusji z osobą, którą tym mianem określono. Jeżeli uzna się, że ktoś jest diabłem wcielonym to przecież nie można z nim dyskutować”.

Portal fronda.pl uznał, że Bartyzel znalazł się — przez Żydów — na celowniku lewactwa.

Maria Kądzielska w Do Rzeczy nr 11/2019 pisała, że Bartyzel krytykował antypolską działalność Żydów, co nie jest antysemityzmem. Wsparła się m. in. na opinii Bogusława Wolniewicza, że antysemityzmem jest tylko irracjonalna niechęć do Żydów, ta, której dał wyraz Bartyzel, jest racjonalna, dotyczy bowiem żydowskich prowokacji. Zarzut antysemityzmu uznano za formę cenzury. Autorka przytoczyła także słowa prof. Okołowskiego: „Polska profesura powinna zewrzeć szyki i przeciwstawić się stanowczo stalinowskim praktykom w rodzaju »sprawy Bartyzela«”.

Mnie wydaje się, że krytyka konkretnych działań jakiejś grupy ludzi czy jednostki nie jest tym samym, co pisanie o nienawiści do Polaków ze strony Żydów po prostu, którzy jako całość mają być pełni jadu, pychy, pluć na Polaków itd.  Więcej o sprawie Bartyzela, w kontekście opinii prokuratury, w tekście Adama Leszczyńskiego.

W dzisiejszych mediach ważnym tematem jest Twitt Jacka Kochanowskiego. Napisał on: 

„Och och. O p***bie z krzyżem w Płocku nie wypada pisać, że po*eb”.

Komentując kolejne z serii wystąpieć anty-LGBT+ Marka Jędraszewskiego napisał:

„Błędem antropologicznym, panie Jędraszewski, to są faceci w kieckach z obsesją na temat du*y ministranta. Odwal się człowieku od nas”.

W moim odczuciu słowa Kochanowskiego w takiej formie nie powinny paść i nie licują ze standardami debaty publicznej. Jeśli sprzeciwiamy się nienawiści i wulgaryzacji relacji społecznych sami powinniśmy dbać o to, by nie wulgaryzować języka. Nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy formułować ocen, niekiedy stanowczych. Brak oceny bywa bowiem przyzwoleniem na szerzenie poglądów nienawistnych, stereotypizujących, krzywdzących. Jednoznacznej negatywnej oceny wymaga posługiwanie się krzyżem jako symbolem nienawiści, jak i działalność Marka Jędraszewskiego, który nie bacząc na nic, łącznie z kwestią istnienia cytowanych przezeń źródeł (casus Kpinomir*), prowadzi kampanię wymierzoną i w społeczność osób LGBT+, i w osoby, które są co najmniej zdystansowane wobec instytucji Kościoła rzymsko-katolickiego, promuje wizję Polaków jako narodu katolickiego i przestrzega przed destrukcją tradycyjnej rodziny. 

Oceniając negatywnie sformułowania użyte przez Kochanowskiego rozumiem ich źródło – w sytuacji wielomiesięcznej nagonki na osoby nieheteronormatywne trudno powstrzymać się przed osądami emocjonalnymi, a język nieparlamentarny (choć w Polsce bywa, że parlamentarny) wszedł do codziennego użycia. Niemniej — jeśli pamiętamy, że słowa mogą krzywdzić — sformułowania użyte przez Kochanowskiego nie powinny paść, a on ponosi za nie moralną odpowiedzialność. Nie widzę tu jednak mowy nienawiści, a krytykę konkretnych osób i ich działań. Jest także krytyka pedofilii, z której transparentnym rozliczeniem Kościół ma problem (przypomnijmy, że Jędraszewski zaangażowany był w obronę (i poparcie) dla Juliusza Paetza; Gądecki odmówił wydania prokuraturze akt postępowania kanonicznego, obaj mieli skandaliczne wystąpienia po prezentacji raportu ws. przestępstw seksualnych wobec nieletnich).

W związku z powyższym przypomina się też teraz apel, który w 2013 r. Kochanowski wystosował do Bratkowskiej: „Bratkowska powinna wyskrobaną zygotę wsadzić w słój, zapeklować i wysłać panu księdzu. Niech kanonizują św. Zygotę. Patronkę oszołomów”.
Jest on nienawistny, jednoznacznie naganny i spotkał się ze stanowczą krytyką przedstawicieli różnych światopoglądowo grup. Jest też doskonałym przykładem tego, że bazowanie na emocjach i stygmatyzacja osób związanych z Kościołem rzymsko-katolickim (którzy w różny sposób podchodzą do spraw związanych ze świeckim prawem do aborcji jednocześnie bazując na podstawowych zasadach nauki społecznej Kościoła) bywa odwrotnością emocji i języka stygmatyzującego, które wiążą się z negatywnym postrzeganiem osób LGBT+.

* W Łódzkich Studiach Teologicznych nr 2/2017, które są — według deklaracji — czasopismem naukowym i recenzowanym ukazał się tekst Marka Jędraszewskiego Chrzest Polski. Jego podstawą był wykład, który w 2016 r. Jędraszewski wygłosił w Bibliotece Polskiej w Paryżu. Jędraszewski podtrzymuje tam tezę o tym, że Polska jest źródłowo chrześcijańska (nie istniała Polska przedchrześcijańska). Decyzję Mieszka o przyjęciu chrztu nie uznaje on za decyzję motywowaną wyłącznie przenikliwością polityczną. Pisze: „Jego decyzja o otwarciu się na chrześcijaństwo musiała wynikać najpierw z tego, że uświadomił sobie zupełnie inne znaczenie po-jęcia „Bóg” – inne niż w powszechnych dotąd mu znanych i zapewne przez niego podzielanych pogańskich wierzeniach. Był to Bóg Trójjedyny, który objawił się w życiu i nauczaniu, w śmierci i zmartwychwstaniu Wcielonego Syna Bożego Jezusa Chrystusa. Mieszko I nie tylko uświadomił sobie zupełnie innego Boga, ale przede wszystkim w Niego uwierzył – z wszystkim tej wiary konsekwencjami, odnoszącymi się do wizji człowieka, jego zadań i jego powołania, a także w odniesieniu do siebie samego jako chrześcijańskiego władcy. […] Mieszko z pewnością brał pod uwagę kwestie polityczne, kiedy decydował się na chrzest. Ale czy nie zastanawiał się też nad tym, co przyjęcie nowej wiary znaczyć może dla niego osobiście, jaki sens nadaje jego życiu, jaką mu daje nadzieję?”. Pisze również o osobistym ryzyku, które wziął na siebie Mieszko decydując się na chrzest płynące z tego, że „społeczeństwo ówczesnych Polan było całkowicie pogańskie. Książę musiał zatem liczyć się z ogromną niechętną mu, lub wręcz wrogą reakcją”.  Prawdziwa rewolucja — zaznacza Jędraszewski — wiązała się ze zmianą modelu rodziny. „Właśnie poprzez rodzinę zaczyna się prawdziwa rewolucja obyczajowa, znajdująca swój fundament w chrześcijaństwie. Była to rewolucja, której na sobie doświadczył także sam Mieszko I. Przed przyjęciem chrztu był bowiem zmuszony oddalić siedem żon, które dotychczas posiadał. Według Kpinomira, spowiednika Dobrawy, który w kronice zatytułowanej Vita Mesconis – Żywot Mieszka – przekazał nam nawet ich imiona, Mieszko I podjął decyzję o ich oddaleniu na skutek zabiegów swojej nowej czeskiej małżonki”. Jeśli imię Kpinomir nie wydaje się dostatecznie dziwne, warto przytoczyć imiona owych pogańskich żon Mieszka: Biustyna, Błogomina, Całusława, Pieściwoja, Udowita oraz bliźniaczki Pępicha i Rębicha. Vita Mesconis to dokument wymyślony na prima aprilis przez historyka Philipa E. Steele’a. Obrona katolickości narodu polskiego i tradycyjnego modelu rodziny jest — dodam — stałym elementem publicznej działalności prof. Jędraszewskiego.

Literatura
Kądzielska, M., Cenzura myśli, „Do Rzeczy”, nr 11, 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mowa nienawiści

Mowa nienawiści Zakres pojęcia „mowa nienawiści” rozciągany bywa tak bardzo, że pojęcie to przestaje być użyteczne. Nie każdy przykł...